Dziennik podróży
Notatki zredagowane kilka lat po wyprawie.
31 dzień
4 sierpnia
1997 r.
4 sierpień. 32 dzień podróży. Upał nie słabnie, a wręcz przeciwnie, ma się wrażenie, że jest jeszcze większy. Na plus trzeba zaliczyć, że droga jest łatwa technicznie.
Jedziemy i pijemy. Co więcej pisać. Nie chce się rozmawiać, bo gorąco. Wpadamy w pewnego rodzaju letarg i pedałujemy, aż do wielkiego hipermarketu. Pierwszy raz widzimy coś takiego. Na ogromnej powierzchni jeden wielki sklep! Wchodzimy do środka i tam jest dosłownie wszystko! W części spożywczej pieką chleby, przygotowują sałatki, serwują kawę i cale mnóstwo innych rzeczy. Kas jest z co najmniej półsetki! Nie mamy ochoty zwiedzać tego potężnego obiektu, jedynie z pewną dozą zazdrości spoglądamy na salony samochodowe i na znajdujące się tam samochody. Ale, co tam, w wózku mamy tanio zakupionym prowiant, który powinien wystarczyć na dwa najbliższe dni i mijając kilka butików jesteśmy już na zewnątrz. Uff, ale skwar... Nie wracamy do klimatyzowanego pomieszczenie, tylko przegryzamy chleb, czekoladę i ruszamy dalej.
Godzina ok. 21.00, a słońce jeszcze nie schowało się za horyzontem. Czas na szukanie noclegu. Bezproblemowo, za pierwszym podejściem znajdujemy miejsce, gdzie możemy rozbić namiot. Dzisiaj również rozbijajmy namiot w wielkim ogrodzie, w którym dominują przede wszystkim drzewa owocowe. Korzystamy z możliwości wzięcia prysznica i czyści, i pachnący zabieramy się do kolacji przygotowanej przez małżeństwo: rizotto, pączki, morele i browarek. Pycha! Porozmawialiśmy jeszcze z miłym Włochami i uciekamy do namiotu, bo komary gryzą nie do wytrzymania... Auć! No, kolejny, ΦΘψ⊗&±§®‰ !!!
32 dzień
5 sierpnia
1997 r.
Przed nami kolejny dzień, trzeba się spieszyć, ponieważ jesteśmy jeszcze daleko od Polski, a czas nas nagli i wszystko wskazuje na to, że przewidywany czas przyjazdu opóźni się o kilka dni.
Jedziemy drogą główną, ale po sprawdzeniu na mapie dochodzimy do wniosku, że skręcimy na podrzędne drogi; po pierwsze powinno być krócej, a po drugie, mamy już dość tych spalin. I to był nasz błąd ponieważ oczekiwał na nas wjazd, na jedyną w tej okolicy górę! Wszędzie jak okiem sięgnąć płasko, tylko tam, na wprost, straszliwa górka! Gdyby nie ten upał, to i może byłoby ok.... Na samej górze sprawdzamy jeszcze raz, czy nie czekają nas takie niespodzianki. Wszystko wygląda w porządku. Łyk z bidonu i jedziemy w kierunku Padowy.
Do miasta dojeżdżamy, gdy na zegarkach zbliża się 20.00. Mamy trochę problemów, aby z niej wyjechać, ale zdajemy się na intuicję, i o dziwo, bez pytania o drogę wyjeżdżamy we właściwym kierunku.
Jest już późno i ponownie zaczynamy starania o nocleg. I ponownie przebiega to bezproblemowo, gdyż znajdujemy go u starszego małżeństwa, na podwórzu ich domostwa, pośród winogron i drzew morelowych. Rozbijamy namiot i przygotowujemy posiłek, podczas którego otwierają się drzwi domu i gospodyni zaprasza nas do środka. Z przyjemnością korzystamy z zaproszenia. Rozsiadamy się wygodnie w fotelach, w telewizji leci jakaś stara komedia włoska, a gospodyni częstuje nas kawą... z jakimś bardzo mocnym alkoholem! Smak jest, mówiąc delikatnie, dość dziwny. Pomimo, że napój został podany w malutkich filiżankach, to czujemy działanie alkoholu. Czujemy się rozluźnieni i senni. Na migi, gdyż państwo nie znają angielskiego, pokazujemy, że kawa jest wyśmienita, ale rezygnujemy z dolewki. Dziękujemy za zaproszenie, mówimy "grazie" z uśmiechem, ale nasza gospodyni również się uśmiecha i pokazuje na krzyż. Poznajemy niuanse wymowy, po kilku próbach, już poprawnie fonetycznie dziękujemy i udajemy się do namiotu.
Oczy się nam kleją. Jest już po godz. 0.00. Zasypiamy momentalnie.
33 dzień
6 sierpnia
1997 r.
Budzimy się stosunkowo szybko, bo już o 7.35 jesteśmy gotowi do dalszej drogi. Liczymy, że jutro będziemy przekraczać granicę, a tymczasem w deszczu (!) ruszamy dalej.
Jazda mija nam spokojnie, znajdujemy 10 tys. lirów, dzięki temu będziemy mogli kupić sobie w dniu jutrzejszym jedzenia, bez konieczności wymiany waluty. Fajnie.
Nareszcie widać zarysy Alp :).
Nocleg znajdujemy na opuszczonym kampingu (?) przed San Daniele del Friuli. Zastanawiamy się, czy to jest faktycznie kamping, czy może jakiś ośrodek wykorzystywany przez okolicznych mieszkańców. Znajduje się tutaj zadaszony obiekt, z kamienistym podłożem, na którym można rozbić namiot, dalej jest mała scena, bufet oraz na zewnątrz plac zabaw.
Cieszymy się, że możemy spać w namiocie, pod dachem, ponieważ pogoda się "poprawiła" i pada deszcz.
34 dzień
7 sierpnia
1997 r.
Wstajemy przed godziną 7.00, jest mokro i zimno. W jednym z rowerów pękła szprycha, ale nie można tego naprawić ponieważ nie mamy narzędzi. Trudno, byle tylko koło wytrzymało, bo robi dość wyraźne "ósemki".
Dzisiaj musimy koniecznie minąć granicę, bo inaczej...
Spieszymy się, pogoda nam dopisuje, jest ciepło, ale nie gorąco i nie pada deszcz.
Zatrzymujemy się w pobliskim sklepie i robimy zakupy: arbuz (4,5 kg), bułki, mleko i jogurty. Na miejscu zjadamy pieczywo i nabiał, arbuza zostawiamy na później.
Nareszcie zatrzymujemy się, aby zjeść arbuza! Przy drodze skarpa i w dole płynie strumień. Odpowiada nam miejsce i wyciągamy "zieloną piłkę". Ależ wspaniały smak! Zachłannie wbijamy zęby w miąższ, sok leci nam na koszulki, a co tam! Nagle podskakujemy, coś nas gryzie! Wykonując przedziwny taniec, otrzepujemy się z czegoś co nas gryzie. To mrówki! Czerwone i jakie duże! Bąble na nogach i ... również są duże. Ależ piecze! Całe szczęście, że skończyliśmy ucztę! Drapiemy się i wskakujemy na siodełka, na których wiercimy się niemiłosiernie. Raz, że pupcie bolą już od siodełka, to jeszcze na dodatek te mrówki! Już lepiej gdyby pogryzły rękę!



Jak się okazało do granicy mieliśmy 97 km. Przejeżdżamy przez Tarvisio i o 17.30 jesteśmy już w Austrii, oczywiście witani przez deszcz. Znajdujemy szybko nocleg. Nastroje są nie najlepsze. Pewnie dlatego, że ciśnienie idzie w dół ;)
Nie chce mi się już pisać. Idziemy spać. Pada deszcz.
Ocho, burza nad nami, jest bardzo wcześnie rano... Burza nie burza. Dobranoc. Jeszcze śpimy.
35 dzień
8 sierpnia
1997 r.
Gdy się budzimy na całego jest przed godziną 8.00. Nagle jakaś głowa wsuwa się do namiotu i pyta nas czy jesteśmy głodni. Wynurzamy się powoli i zaskoczeni przypatrujemy się przemiłej, młodej dziewczynie. Tak, jesteśmy bardzo głodni! Uśmiechnęła się i poprosiła, abyśmy poczekali, bo zaraz wraca. Oczywiście, nigdzie się nie ruszymy, możemy czekać nawet do 12.00. Zdecydowanie wcześniej, aniżeli przed południem dostajemy od Austryjaczki cały talerz kanapek, które zjedliśmy w oka mgnieniu. Chwilę pogawędziliśmy, dowiedzieliśmy się, że mama jej była niedawno w Breslau. Super. Szkoda, ale musimy już jechać, z przyjemnością byśmy zostali na obiad, kolację, następne śniadanie... Stop. Czas jechać do supermarketu po chleb i mleko.
W dniu dzisiejszym skończył się nam gaz. Możemy zapomnieć o ciepłych posiłkach, tzn. o zupce chińskiej. Marzymy o ziemniakach, sosie, lodach, sałatce, zupie bez makaronu - nasze menu po powrocie będzie naprawdę imponujące. Całe szczęście, że jesteśmy już coraz bliżej Polski, dlatego zastanawiamy się, czy wracać pociągiem, czy jednak jechać do samego końca na rowerach. Wszystko zależy od naszych sił.
Ale z tym będzie dość ciężko, ponieważ już prawie na początku mamy wjazd na 1005 m. n.p.m. Radzimy sobie całkiem nieźle, pomimo, że jest teren dość urozmaicony. Podobnie jest z pogodą: gdy ruszaliśmy padał deszcz, później było słonecznie, jak słońce ukrywało się za chmurami, to wiało dość mocno.
Mamy nocleg na jakiejś polanie, najbliższe domostwo jest... nie widać żadnego. Jest bardzo zimno, jemy suchy chleb i hopla w śpiwory. Dochodzi 21.00, gdy słyszymy, że niedaleko nas coś skrobie... w ziemi. Na początku, to coś jest daleko, ale z każdą minutą dźwięk jest coraz bardziej wyraźny i mamy świadomość, że, to co skrobie, czy też ryje w ziemi zbliża się do naszego namiotu. Nasłuchujemy i śmiejemy się, że ktoś z nas będzie spał na górce, gdy to coś, zatrzyma się pod namiotem, pod którąś z karimat. Ale nasze obawy się nie sprawdzają się, gdyż to coś, zatrzymuje się przed samym namiotem. Zasypiamy. Budzimy się szybko, bo ktoś podjechał do nas na motorze. Jeden z nas wychodzi i rozmawia z nim. Okazało się, że to właściciel, który pozwolił się nam tutaj rozbić. Po dość długiej konwersacji, nareszcie można spać. Dochodzi 23.00.
Za formę w dalszych opisach dni przepraszamy. Z powodu wycieńczenia nic nam wówczas do głów nie przychodziło, a i teraz jest mały problem co wtedy się działo. Na dodatek jednemu z nas dziennik zaginął. Jak zostanie odnaleziony dziennik zostanie uzupełniony.
36 dzień
9 sierpnia
1997 r.
Miejscowości w Austrii w większości przypominają te z bajki: ładne, czyste, zadbane i z pięknymi pomnikami.
37 dzień
10 sierpnia
1997 r.
Podjazd na 1235 m.n.p.m. Potwornie wyczerpujący, przy dość silnym wietrze i padającym deszczu. Nie ma co się dziwić, bo to są Alpy. Ale dzisiaj się skończą! Praktycznie do samego St. Polten było z górki.
Wieczorem mieliśmy trudności ze znalezieniem noclegu. Nasza metoda polega na pytaniu się gdzie jest najbliższy kemping, z reguły pytający nie wiedzą gdzie jest, dlatego kolejnym pytaniem jest gdzie moglibyśmy rozbić namiot. I to działa. Miłe małżeństwo pozwala rozbić nasz obóz tuż koło ich domu. Jednocześnie korzystamy z ich kuchni, w celu zagotowania chińskiej zupki, ponieważ skończył się nam gaz w butli. I ta ich mina i zdziwienie, gdy otwieraliśmy paczkę z makaronem...
A później rewelacja! Prysznic u naszych gospodarzy! No, bo delikatnie wspomnieli, że nie pachniemy najlepiej... :)



38 dzień
11 sierpnia
1997 r.
Jeszcze rano byliśmy w Austrii, w supermarkecie na śniadaniu i na poczcie. Późnym popołudniem wjechaliśmy do Czech - godzina 17.30. Rozbiliśmy się na boisku sportowym, obok skrzyżowania dróg. Przejeżdżające samochodu nie dają nam spokoju. Nie tylko one, bo i te cholerne komary!!! Jest już późno i chcemy spać!
39 dzień
12 sierpnia
1997 r.
Do Polski jeszcze około 70 km. Pogoda jest całkiem ok, słonecznie i ciepło, tylko zachód słońca jest już stosunkowo wcześnie, coś około 19.30, wskutek tego nie możemy zbyt długo pedałować.
Dzisiaj był kolejny ciężki dzień, nieustanne podjazdy i zjazdy (zwłaszcza do wioski Vir).
Marzę o: półlitrowym kubku lodów, czekoladzie i obiedzie, o porządnym śniadaniu.
40 dzień
13 sierpnia
1997 r.
Jeszcze jesteśmy w Czechach. Jejku nie chce mi się pisać. Jestem zmęczony! Arkowi pękła szprcha... Polska coraz bliżej...





41 dzień
14 sierpnia
1997 r.
Ostatnie słowa, ostatni dzień! Nareszcie! Jest godzina 4.23 rano i jesteśmy w pociągu z Poznania do Piły, brudni i zmęczeni. Powoli dojeżdżamy do domu, jeszcze tylko kilkanaście kilometrów i będziemy na miejscu. Wagon jest pusty, rowery zostawiliśmy pomiędzy przedziałami i rozwaleni na siedzeniach, nie rozmawiając patrzymy przez okno na zmieniający się krajobraz.
Na setnym kilometrze przekraczaliśmy granicę. Zostaliśmy powitani przez celników niczym bohaterowie, którzy dokonali czegoś niezwykłego. A my tylko przejechaliśmy tylko 4000 km na rowerach... Phi, nic szczególnego.
Im bliżej pozostawało do końca podróży, do długo oczekiwanego przejścia granicznego, tym nasz entuzjazm malał i malał..., pewnie dlatego, że ostatnie kilometry były dość wyczerpujące: wjazd-zjazd, wjazd-zjazd i tak na okrągło. Do tego dochodzi pęknięta rama w Czechach, jazda z punktu granicznego do Kłodzka po ciemku, bez oświetlenia (brak żarówek i baterii), oblepieni odblaskowymi taśmami. Maaasakra!!! Okropny stres i zdenerwowanie, kiedy mijały nas samochody serducho waliło nam niesamowicie, bo nie widzieliśmy drogi! A to była ciemna, bezksiężycowa noc... Ale, na szczęście, po dwóch godzinach wjechaliśmy do Kłodzka, oświetlonego! Nas widać i my wszystko widzimy... Dopiero teraz zdajemy sobie sprawę, jakie szkody wyrządziła powódź...
I tak minęło kilkadziesiąt dni w podróży, tysiące przejechanych kilometrów. Za kilkadziesiąt minut będziemy już w domu, na śniadaniu, a potem obiad i ziemniaki....
Jesteśmy w domu w PILE.
CDN
Więcej zdjęć z wyprawy można obejrzeć w galerii.








Cristobal
