Przejeżdżaliśmy przez dwa obszary językowe: niemiecki (kolega, który prowadził konwersację po niemiecku, stwierdził, że jest co najmniej dziwny) i francuski, co łatwo było zauważyć po pisowni nazw miejscowości. W Szwajcarii wydaliśmy tylko jednego franka na wodę.

SzwajcariaSzwajcaria - Francja/MonakoFrancja

Zdjęcie Z końcem trzeciego tygodnia podróży, 25 lipca późnym popołudniem, żegnani deszczem przekraczamy granicę francuską, ale by do niej dojechać musieliśmy wpierw wjechać na ponad 1000 m. n.p.m. Nad nami ciemne, niskie chmury, które będą nam towarzyszyć jeszcze przez kilka kilometrów. Wiatr wieje nam w twarz, na termometrze w mijanej miejscowości, tylko 14° C, a my, w strugach ulewnego deszczu szukamy noclegu. Nie ma możliwości, abyśmy spali pod namiotem, nim go rozbijemy, będzie w środku mokry i zabłocony. Znajdujemy nocleg, po raz kolejny u rolnika, tym razem francuskiego i śpimy w stodole. Jest potężna! Stawiamy namiot, niech się suszy. Jesteśmy zadowoleni, ponieważ nie trzeba spać w mokrym namiocie, mamy dużą, suchą przestrzeń i możemy spokojnie przygotować wieczorny posiłek. Po 22.00 wdrapujemy się na ponad 3 metrowy stóg siana i zasypiamy.

Lipiec powoli dobiega końca, nasza wyprawa jest już na półmetku. Deszczowa pogoda przechodzi do przeszłości, jest bardzo ciepło, jeszcze nie upalnie, ale obmywające nas promienie słoneczne, są szczególnie trudne do zniesienia, kiedy zaczynają się długie podjazdy.
Zdjęcie Dwudziesty drugi dzień podróży mija nam na spokojnej jeździe i obserwowaniu urozmaiconego terenu. Wieczorem, ok. godziny 18.00 jednemu z nas strzela szprycha w rowerze i zatrzymujemy się, aby naprawić koło. Przystaje koło nas dwoje rowerzystów, rozmawiamy, i jeden z nich proponuje nam nocleg. Oczywiście wyrażamy zgodę. Jak na złość, gubimy drogę i nie możemy znaleźć tej małej miejscowości. Z pewnymi komplikacjami, z niepotrzebnie przejechanymi ponad 30 kilometrami dojeżdżamy pod wskazany adres. Jest godzina 22.30, a w domu ciemno i głucho. Postanawiamy rozbić się bez pozwolenia, ale jeden z nas czeka na właściciela, który przyjeżdża przed godziną 1.00. Śmiejmy się z naszych komplikacji. Dowiadujemy się, że gospodarz wraz z rodziną i dziećmi czekali na nas do 21.00, ponieważ chcieli nas zabrać do okolicznej miejscowości na festyn. Życząc sobie dobrej nocy, udajemy się na "salony".

Dopiero rano wychodząc z namiotu, widzimy jak pięknie położony jest dom. Jedno-parterowy, z wielkim ogrodem, w którym dominują drzewa i krzewy, soczysta zieleń w promieniach porannego słońca bije w oczy. Ogród nie jest otoczony żadnym płotem, a jeden z jego końców kończy się w potężnym wąwozie, którego głębokość, to ponad 200 metrów.
Jedząc przepyszne śniadanie, dzielimy się wrażeniami z naszej podróży oraz wspólnie ustalamy najbliższy etap podróży.
Szkoda jest nam wyjeżdżać, ponieważ zostaliśmy przyjęci nad wyraz miło i wspaniale odpoczęliśmy, ale robi się już późno i dopiero po godzinie 11.00 wyjeżdżamy. Trasa jest stosunkowo łatwa i dlatego jedzie się dobrze, ale w najbliższych dniach, patrząc na mapę czekają nas mocne podjazdy i zjazdy. Ale to dopiero jutro. Jak się okazuje nie jest tak źle. Owszem były górki, dość łatwe, męczący jest tylko upał, żar leje się z nieba i ciągle pijemy.
Na liczniku mamy przejechane już ponad 2000 km.

Budzimy się wcześnie, z powodu panującego skwaru. Jedziemy do sklepu na śniadanie, kupujemy chleb i mleko. Po pół godziny ruszamy drogą N85 (Route Napoleon) - jeszcze nic nie zapowiada tego co nastąpi za kilka kilometrów - zaczynamy z wysokości 272 m. n.p.m. Po kilkunastu minutach pedałujemy coraz wolniej, już wiemy, że idylla się skończyła i zaczyna się masakra. Powoli wjeżdżamy coraz wyżej i wyżej, z nadzieją spoglądamy na każdy zakręt, wypatrujemy czy to już meta; ale nie, grymas na twarzy i wiadomo, że to jeszcze nie koniec. Nie można się teraz zatrzymać, bo w przeciwnym razie, nie ruszy się z miejsca i będzie trzeba wprowadzać rower. Jest gorąco, temperatura dochodzi do 36° C, pot leci ciurkiem po ciele, nie warto teraz chwytać za bidon z wodą, bo zmęczenie i wysiłek, może spowodować utratę równowagi. Aby szybciej pokonać podjazd ścinamy zakręty, jest to niebezpieczne, ale jesteśmy zdeterminowani, byle szybciej wjechać na tę cholerną górę! Nareszcie udało się - 7 km 12% podjazdu! Koniec. 885 m. n.p.m. Krótki odpoczynek i zjeżdżamy. Jest super! Ale to koniec przyjemności, znak drogowy informuje, że przed nami... znowu 12% wjazd! Nie!!! Na szczęście nie jest tak mocny jak poprzednio, ale również kosztujący nas wiele wysiłku. Jesteśmy na wysokości 1025 m. n.p.m. Dochodzi godzina 17.00, nareszcie jest trochę mniej upalnie, ale i do tej niedogodności powoli przyzwyczajamy się. Aż wreszcie jest ten 12% zjazd! Dopiero przed samym Gap mamy jeszcze podjazd, lecz nie jest on tak wyczerpujący, jak ten rano, pomimo, że wjechaliśmy na ok. 1000 m. n.p.m.
Ale najlepsze są zjazdy! Zostawiamy metry za sobą, wiatr wyciska łzy z oczu i przemyka myśl, że przydałaby się czapka na głowę. Trzeba bardzo uważać na zakrętach, mknąc z prędkością ok. 70 km/h, hamulce są sprawne, ale piszczą na zakrętach! Na dole niezmiernie podekscytowani, śmiejąc się dzielimy się wrażeniami. To było niesamowite!
Nareszcie dzień zbliża się ku końcowi. Jest nadal upalnie, temperatura bliska 30° C. Ale to jest mało ważne, bo sen przychodzi nad wyraz szybko.

Przed nami kolejny słoneczny i upalny dzień. Do Sisteron jedziemy w pyle, piasek wpada do oczu i włosów, jest głośno i niebezpiecznie. A wszystko przez to, że na bardzo długim odcinku prowadzone były roboty drogowe i oprócz samochodów osobowych, przez cały czas jeździły samochody ciężarowe, dosłownie o milimetry przejeżdżające obok nas.
Za Sisteron jest już wszystko ok, ale.. jak nie urok, to... ;) Zdjęcie Mylimy drogę - zjeżdżamy z głównej trasy, nie w tym miejscu co powinniśmy! Nakładamy dodatkowe 22 km. Zresztą nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz. Jednak, jak mówi przysłowie: "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło". Po obu stronach drogi, wysokie skały i maleńka rzeczka Asse- kanion jak w westernach! Jazda w takiej scenerii jest niesamowita, rekompensuje wszystkie poprzednie niedogodności.
Nocleg znajdujemy niedaleko Barreme. Rozbijamy namiot trochę niefortunnie, bo prosto na mrowisku!

Z samego rana robimy przegląd prowiantu, który znacznie się nam skurczył: 8 zupek chińskich, 5 kostek rosołowych, kisiel z galaretką, kilka czekolad. Szkoda, że nie ma już słonecznika... Trzeba będzie również wymienić pieniądze w kantorze, ponieważ zostało nam zaledwie 5 franków.
Mniej jedzenia, mniejszy ciężar do wiezienia, pewnie i my sami straciliśmy parę kilogramów, ale za to jakie imponujące mamy mięśnie nóg! :)
I pomyśleć, że wczoraj mieliśmy dość gór, podjazdów, upałów, bolących pup i nóg, a dzisiaj ponownie jesteśmy gotowi i chętni, aby jechać dalej. No, jednak, aby było mniej ciężkich podjazdów...
Zdjęcie Nie ma lekko, marzenia się nie spełniają, albowiem od rana jedziemy pod górkę, zaczynając mniej więcej od 720 m. i 800 m. n.p.m., mijamy Taulanne 1007 m. n.p.m., przełęcz górska Col des Leques 1148 m. n.p.m. Tutaj nareszcie się zatrzymujemy, aby odpocząć. Po odpoczynku nad wyraz przyjemny zjazd. Jedzie się fantastycznie, coraz niżej i niżej! Minimum osiągamy na 774 m. n.p.m. i to wystarczy. Niestety. Zdjęcie Trzeba znowu mocno kręcić, aby ponownie wjechać na kolejne wzniesienie. Jesteśmy zmęczeni, ale nie pozostaje nam nic innego, jak tylko pedałować i konsekwentnie posuwać się do przodu. Osiągamy Col des Luens 1054 m. n.p.m., parę kilometrów dalej Col de Valferriere 1169 m. n.p.m.. I to by było na tyle. Oczywiście ze wspinaczką. Chwila odpoczynku, poprawiamy bagaże, sprawdzamy, czy wszystko jest dobrze związana, no to... huzia, z górki na pazurki!
Nie trzeba pedałować! Najważniejsze to sprawne hamulce i szybka reakcja. Pędzimy z prędkością 50 km/h, ciało jest naprężone, od czasu do czasu palce mocniej zaciskają się na hamulcach. Wiatr przenika każdy skrawek ciała, oczy zaczynają łzawić i trzeba mrugać, aby nie stracić kontroli nad zjazdem. Hamulce piszczą z całych sił, kiedy wjeżdżamy w jeden zakręt o 180 stopniach, zaraz kolejny. Ktoś trąbi , a na wprost barierka i kolejny niebezpieczny zakręt. Trzeba ponownie mocno zacisnąć palce na hamulcach, z taką siłą, że rower, jakby był żywą istotą, to krzyknął by z bólu! Zjazd jest coraz bardziej łagodny. Po chwili się zatrzymujemy i... dźwięczy nam w uszach! To było to!

Zdjęcie Krajobraz, który nam towarzyszył w dniu dzisiejszym i wczorajszym był przepiękny: las, strumienie, skały i wiele innych cudów natury.
Jutro już będzie morze! A tymczasem śpimy 5 km za Grasse w ogrodzie na posiadłości Angielki. Wysoki parkan oddziela posiadłość od ulicy, ale aż do późnej nocy natężenie ruchu uniemożliwia zaśnięcie. I do tego mrówki! Ponownie wlazły do namiotu i gryzą! Jest ciepło i trudno się oddycha. Jeden z nas wychodzi z namiotu i próbuje zasnąć na dworze. Nic z tego! Ponowny powrót do namiotu. Nareszcie przychodzi sen.

Jest już 1 sierpień, 28 dni w drodze, kończymy 4 tydzień. Zdrowie, zapał i humor nam dopisuje, pomimo przejechanych kilometrów, naznaczonych potem i walką z własnymi słabościami.
Wskakujemy na rowery, chciałoby się napisać, że z radością, ale tak nie jest - nie ma na pewno zniechęcenia - jesteśmy już troszeczkę zmęczeni, 17 dzień na rowerze bez dnia odpoczynku.
Jest godzina 9.00, parę minut później wpadamy w nasz rytm, liczy się tylko jazda. Jedziemy praktycznie cały czas z górki i nareszcie NICEA- nasz cel podróży! Osiągnęliśmy to co zaplanowaliśmy! Jesteśmy w jasnym, gorącym mieście, o którym marzyliśmy podczas zimowych wieczorów. Piękne miasto z pięknymi kobietami, a wśród nich my, również piękni :))
Jedziemy powoli, obserwując wysokie budynki, palmy, drzewa cytrusowe, Morze Śródziemne w gorącej scenerii letniego przedpołudnia. Gdy minęły pierwsze emocje pojechaliśmy do banku wymienić pieniądze na franki; nie wiedzieliśmy, że bank pobiera prowizję, dość znaczną, za dokonanie transakcji. Zdjęcie Ale co tam, nic nam nie odbierze dobrego humoru! Wracamy nad morską promenadę i pstrykamy sobie zdjęcie, pokazując „gest Kozakiewicza” dla tych wszystkich niedowiarków, którzy w nas wątpili! Ale jest fajnie! Zaczyna nam burczeć w brzuchach, bo nie jedliśmy jeszcze śniadania. Wstępujemy do supermarketu i dokonujemy zakupów. "Poproszę to co zwykle. Chleb, czekoladę i mleko. Albo nie! Dzisiaj weźmiemy jogurt!".
Śniadanie zjedzone, może mało wykwintne, ale gdzie i z jakim widokiem. Zdjęcie Po obfitym, późnym śniadaniu jedziemy dalej. Wyjeżdżamy z Nicei w upale, pokonując dość spore wzniesienie około 300 m. n.p.m. i jedziemy do Monako i Monte-Carlo. To co widzimy zapiera dech w piersiach! Jedziemy ulicami, na których corocznie pędzą w swych maszynach kierowcy Formuły 1.
Odpoczywamy w Księstwie parę godzin. Włóczymy się z rowerami po mieście i spotykamy rodaków - po raz pierwszy od Pragi! Zdjęcie Wchodzimy w strojach turystycznych do najsłynniejszego kasyna, ale nagle widzimy biegnącego w naszym kierunku, eleganckiego pana, mówiącego coś po francusku. Grzecznie wychodzimy. Wszystko jasne, bez krawata nie wpuszczają. Nie to nie! Nie wydamy 1 franka na ruletkę. Nie można obejrzeć kasyna od wewnątrz, pooglądamy sobie za to Ferrari na zewnątrz. Niezły wózek...
I tak nam minął wesoło czas, ale ze względu na niewystarczającą zawartość portfela, nie decydujemy się na nocleg, w którymś z ekskluzywnych hoteli i opuszczamy opływające w bogactwie, piękne, ale dość snobistyczne miasto.

FrancjaFrancja/Monako - WłochyWłochy

Zdjęcie Po 18.00 jesteśmy już we Włoszech. Nie zachwyca nas jeszcze, mamy wrażenie, że miasta są brudne i bardzo hałaśliwe (mnóstwo motorowerów) - zapewne nasze poczucie piękna stało się bardziej subtelne, po doznanych wrażeniach w Monako. ;)
Z piosenką na ustach przejeżdżamy przez San Remo i decydujemy się na zakończenie dzisiejszego etapu. Ale nie możemy znaleźć miejsca, aby rozbić namiot. W końcu z pomocą przychodzą nam karabinierzy, wskazując plażę, na której możemy przenocować. Trochę nie dowierzając jedziemy we wskazanym kierunku. No i faktycznie jest plaża ;), schodzimy na dół, gdzie pośród opuszczonych koszy, leżą porzucone zabawki. Zdjęcie
Kładziemy się na wygodnych leżakach, morze usypia nas swoim szumem, a ponad nad nami (2 metry wyżej) promenadą spacerują ludzie. Morze nas usypia, ale trzeba się obudzić i zrobić kolację.
Po kolacji umyliśmy się w ciepłej, ale dość słonej wodzie.

Rano o godzinie 7.00 jesteśmy już na nogach. Było już dość ciepło, jak na tą godzinę. Ale trzeba się zbierać. Chcemy zrobić zakupy, a później jeszcze się wykąpać. Uno, due, tre!
Po śniadaniu, oczywiście pod sklepem, ruszamy dalej. Jedzie się przyjemnie, nie musząc wjeżdżać i zjeżdżać, wjeżdżać i ...
Po drodze robimy przerwę na kąpiel i moczenie nóg w morzu. Droga, którą jedziemy biegnie blisko wybrzeża, po drugiej stronie przebiega autostrada. Przepięknie wygląda jej odcinek, wkomponowany w pejzaż górski; gdy widzimy ją umiejscowioną na potężnych filarach, wygląda jak nowoczesny akwedukt.
Późnym wieczorem dojeżdżamy do Genuy, przejedziemy przez miasto i na peryferiach poszukamy noclegu. Gdzie tam! Masakra! Nie możemy wyjechać z tego rozległego miasta! Mamy wrażenie, że to miasto nie ma końca, rozlazło się na wiele kilometrów kwadratowych. Pytamy się sympatycznych mieszkańców o drogę i pomagają nam się wydostać. Mamy jechać na Mediolan. Tak też robimy. Co jaki czas pytamy się, czy dobrze jedziemy. Wszystko gra. Jedziemy dalej i dalej. Minuty mijają, robi się coraz ciemniej, a my jedziemy w mieście mijani przez tramwaj! Gdzie kończy się to miasto?! Czy ktoś nam odpowie? Pomimo wszystko, trzeba uważać i opanować nerwy - o mało co nie przejechała jednego z nas straż pożarna na sygnale...
Mija 22.00, 7 godzina jazdy, ponad 150 km., kiedy nareszcie jesteśmy na przedmieściach. Rozglądamy się za noclegiem i decydujemy się spać koło rzeki, obok przejazdu kolejowego, blisko trzypiętrowej kamienicy... I te przepiękne akacje...
Nie rozbijamy namiotu, bo jak? Przecież tutaj są same kamienie! Zresztą jest już dość ciemno i strasznie... Aby do rana... Uuuu...u...u...

Jesteśmy niewyspani, większość godzin została spędzona na czuwaniu, jedynie pierwsze poranne godziny przyniosły mocny, krótkotrwały sen. "Śniło mi się, że latałem na latającym rowerze i ukradłem dwie maszynki do golenia".
Przeciągamy się i patrzymy na zaniedbaną kamienicę, gdy z drugiego piętra, dochodzi do nas głos kobiecy. Spoglądamy na siebie i podchodzimy, aby obserwować, jak na sznurku zbliża się do nas wypełniona siatka... Gestykulująca pani z okna, wyraźnie wskazuje, że mamy odwiązać pakunek i wyciągnąć jego zawartość. Tak też robimy. W środku czekają na nas ciasteczka i woda! Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem! Co za sympatyczni ludzie!
To zadziwiające, że na naszej drodze spotkaliśmy tylu wspaniałych ludzi, którzy nieśli nam bezinteresowną pomoc. Dziękujemy!
Niedziela, około godziny 9.00. Uff... Nie mamy prowiantu, tzn. chleba, a naszych strategicznych zapasów nie można ruszać. A sklepy pewnie będą zamknięte...
Jedziemy, ale czuje się zmęczenie spowodowane niewyspaniem oraz coraz większym upałem. Zaczynamy marzyć o chłodzie i deszczu (!). Pocieszamy się, że za parę dni wjedziemy do Austrii i pogoda powinna być zdecydowanie lepsza: pochmurna i deszczowa.
Zdjęcie Mijają kilometry, przejeżdżamy przez miasta z zamkniętymi sklepami. Burczy nam w brzuchach, ale mamy zakaz ruszania czekolady, ponieważ mamy ustalony limit i czas. Jejku! Nie chce się pedałować, w brzuchu burczy, brakuje sił, całe szczęście, że mamy wodę. W końcu zatrzymujemy się koło pola, aby trochę odpocząć. Pole pełne kukurydzy. Spoglądamy na kołyszące się kolby. Burczy nam w brzuchach. Nic nie jedzie drogą. Po chwili jemy kukurydzę, parę gruszek i brzoskwiń. Mamy wyrzuty sumienia, ale byliśmy tacy głodni! Po drodze jeszcze napełniamy brzuchy orzechami laskowymi rosnącymi dziko przy drodze.
Na szczęście jedzie się łatwo, droga praktycznie prosta bez wzniesień.
Zatrzymujemy się na nocleg ok. 10 km przed Piacenzą. Włosi pozwalają nam rozbić namiot u siebie w ogrodzie, gdzie rosną, jeszcze niedojrzałe, drzewa kiwi. Jeden z nas zrywa owoc i twierdzi, że smakuje jak zielona porzeczka :)). W międzyczasie gospodarze częstują nas chlebem, melonem, arbuzem oraz wodą i piwem! Super! Posileni, z pełnymi brzuchami po raz pierwszy od dwóch dni śpimy w namiocie.
Mamy już w nogach ponad 3000 km, rowery od pewnego czasu nie wymagały żadnych napraw, lecz wydaliśmy dotychczas dość dużo lirów, przede wszystkim na wodę.