Dziennik podróży
Notatki zredagowane kilka lat po wyprawie.
11 dzień
15 lipca
1997 r.
Budzimy się wcześnie rano i nasłuchujemy jak krople deszczu uderzają o namiot. Wyciągamy głowy, spoglądamy na niebo i nie wygląda, aby miało się przejaśnić. Podejmujemy decyzję, że wyruszymy, gdy tylko przestanie padać. Czas w namiocie spędzamy na czytaniu przewodnika, wyjadaniu mleka w proszku, herbaty w granulkach i makaronu z zupek chińskich, ponieważ nie mieliśmy szylingów i nie kupiliśmy chleba. Pogoda się nie zmienia, powoli się zmierzcha, niezadowoleni zamykamy się w śpiworach. Zasypiamy z padającym deszczem.
12 dzień
16 lipca
1997 r.
16 lipca, o szóstej jesteśmy już na nogach, nie nadrobimy straconego dnia, ale najważniejsze, że deszcz nie pada. Jednocześnie te leniuchowanie pozwoliło nam zregenerować siły i nabrać świeżości.
Przeprawiamy się przez niebieskoszary Dunaj. Zatrzymujemy się na chwilę, aby popatrzyć na rwący nurt niosący potężne ilości wody, gdzieś tam daleko za horyzont, pośród gór.
Gdy zatrzymujemy się na obiad nie chce nam się rozmawiać, gdyż ponownie mieliśmy do pokonania kilka podjazdów. Pogoda nas nie rozpieszcza, jest pochmurnie, ale nie pada. Po pół godzinie z lekkim oporem siadamy na rowery i zaczynamy jazdę. I nagle, dość niewyraźnie, ale dostrzegamy kontury majestatycznych Alp! Ten widok napełnił nas nową energię, poczuliśmy nagle wzmożoną chęć jazdy, aby być jeszcze bliżej i bliżej...
Nocujemy u przesympatycznego Austryjaka na jego posesji w odległości ok 62 km od Salzburga.
13 dzień
17 lipca
1997 r.
Posiadłość w kształcie litery C, z dużym placem w części centralnej. Nie mieliśmy żadnego problemu z uzyskaniem pozwolenia na rozbicie namiotu i przenocowanie. Rano czekała nas jeszcze niespodzianka, ponieważ właściciel pokazał nam swoje hobby - hodowlę papug! Wspaniałe ptaki powitały nas głośnym skrzeczeniem, a my potrafiliśmy odpowiedzieć tylko grymasem zdziwienia na twarzy.
Było bardzo przyjemnie, ale czas jechać dalej. Otrzymujemy... 200 szylingów, na obiad! Zjemy go w Salzburgu, czyli będzie dodatkowy chleb i czekolada :)
Kilka godzin później jesteśmy w mieście narodzin Wolfganga Amadeusza Mozarta.
Nie mamy w planach zwiedzania miasta, ale docieramy do Starówki w centrum miasta, którą zdobi górująca na Monchsberg twierdza Hohensalzburg. Na Placu Mozarta, wraz innymi turystami przyglądamy się pomnikowi Mozarta; przechodzimy koło Akademii Muzycznej. Na Domplatz w olbrzymiej katedrze został ochrzczony mały Mozart. Kolorowe, wąskie uliczki niepostrzeżenie kradną nam czas. Cztery godziny uciekły nam bardzo szybko, ale i całkiem przyjemnie.
Ciemne chmury spowijające miasto zwiastują nadciągający deszcz. Musimy opuszczać już Salzburg i po godzinie jazdy, zatrzymujemy się pod Wals. Rozbijamy szybko namiot, pakujemy rzeczy do środka i wtedy zaczęła się burza i ulewa.
14 dzień
18 lipca
1997 r.
Rano sytuacja niewiele się zmieniła, deszcz wciąż padał, namiot był cały mokry, ale nie popełniliśmy błędu, jak poprzednio, tylko spakowaliśmy się i w drogę. Zrobiło się zdecydowanie chłodniej, dlatego zarzuciliśmy na siebie dodatkową odzież. Na postojach wspomagamy się łuskanym słonecznikiem, który zabraliśmy z Polski - to był świetny pomysł aby go zabrać, ponieważ dawał nam tak potrzebną energię.
Pomimo fatalnej pogody i trudnej jazdy rowerami jesteśmy zachwyceni widokami przepięknych Alp. Zdajemy sobie sprawę, że ich cała potęga zaczyna się dużo wyżej, gdzie na rowerach nie dotrzemy, ale co tam, i tak jest fajnie! Zwłaszcza te wodospady!
Przekraczamy granicę i dwie godziny pedałujemy w Niemczech, w strugach ulewnego deszczu, pośród drzew kołyszących się nad naszymi głowami.
Nareszcie przestało padać, ale nie zmieniło to faktu, że jest stosunkowo chłodno i wietrznie. Przed nami tunel pod Alpami. Pierwszy niewielki, widać jego koniec, szybki przejazd. Na kolejny nie trzeba długo czekać, pakujemy się do niego bez zastrzeżeń. Jest dość długi, bo ponad 1.5 km. Za zakrętem ginie jego wlot, wzmaga się natężenie przejeżdżających aut, a spaliny zaczynają dusić w gardle. Po pewnej chwili, prawdopodobnie pod wpływem smrodu, przychodzi otrzeźwienie, że do tunelu mają zakaz wjazdu rowerzyści! Ta myśl zaświtała nam jednocześnie, adrenalina uderza, podrywamy się na siodełkach i desperacko, naciskamy na pedały, aby jak najszybciej wyjechać z tunelu. Widać już wylot! Szybciej, szybciej, nie trzeba trąbić, już wyjeżdżamy, po prostu zaszła niewielka pomyłka! Zatrzymujemy się kilka metrów za tunelem i z rozbrajającym uśmiechem spoglądamy na tabliczkę z zakazem wjazdu. Jeżeli nie jesteśmy jedynymi, to prawdopodobnie należymy do nielicznego grona wariatów w Europie, którzy przejechali na rowerach tunelem pod Alpami! To było nasze najszybsze 1.5 km w Alpach na prostej drodze.
Ach, po ciężkim i wyczerpującym dniu, rozbijamy namiot blisko Kundl, na polu pomiędzy torami kolejowymi i autostradą, a nad nami, na tle wieczornego nieba, wiszą druty wysokiego napięcia. Naładowani kładziemy się spać. Dobranoc.
15 dzień
19 lipca
1997 r.
19 lipiec. Rozpoczyna się trzeci tydzień naszej wyprawy. Pogoda się nie zmienia. Składamy namiot, jeszcze nie pada, wjeżdżamy na drogę - pada. Nie rozmawiamy ze sobą, ponieważ nie warto marnować sił na próżne rozmowy, zresztą wiejący wiatr w twarz i tak by je uniemożliwił. Kiedy wiatr nie wieje w twarz, to pada. Ale i tak dobrze, że nie leje, tylko dżdży, wówczas wiatr się uspokaja, ale i tak jest ok. Trochę nogi bolą, zwłaszcza kiedy pada. I tak nam minął dzień piętnasty. Rozbiliśmy namiot blisko strumyka, który przepływa przez niewielkie koło młyńskie, umieszczone do typowego alpejskiego domku. Koło się obraca, a woda spada z niewielkiej odległości. Jemy kolację w ciszy, wsłuchując się w kojący szum spadającej wody. Jest cudownie, móc siedzieć nad jedwabiście szumiącym strumykiem i obcować z przyrodą. Jesteśmy zmęczeni i szybko wskakujemy do namiotu. Las smagany wiatrem oplata nas swoim mrokiem, spadająca woda szumi delikatnie. Deszcz nie pada, jest super, nie możemy zasnąć, przez ten szum wody. Szumi i szumi. Szumi... Szu... Chrrrr...
16 dzień
20 lipca
1997 r.
Rano budzimy się w strugach padającego deszczu. Co zrobić, trzeba się spakować, składamy mokry namiot, zakładamy sakwy i przemoczeni jedziemy dalej. Pogoda w kratkę, tylko więcej jest tych ciemnych plam, praktycznie od tygodnia nie widzieliśmy słońca w pełnej krasie, w najlepszym przypadku prześwitywało krótko, przysłonięte chmurami. Ten dzień również nie zapowiada się lepiej od poprzedniego.
Trasa jest doprawdy ciężka, wydzierając Alpom z wielkim trudem każdy metr asfaltu, docieramy do St. Anton am Arleberg, mieszczącego się na 1304 m. n.p.m. Sześć kilometrów dalej znajduje się St. Christoph na wysokości 1800 m. n.p.m. Momentami nie mamy sił, aby wjeżdżać na rowerach i prowadzimy je przez kilka metrów. Nie poddajemy się i znowu, prawie w miejscu, pedałujemy i pomimo wysiłku, czujemy chłód przenikający nas przez ubranie. Zimno dopiero będzie za kilkaset metrów, kiedy ok. godziny 18.00 w szaleńczym zjeździe będziemy połykać kilometry. Jednakże na rekordy musimy jeszcze poczekać.
Mamy już serdecznie dość Alp i tej deszczowej pogody. Dopiero później dowiadujemy się, że w zachodniej Austrii opadów jest znacznie więcej i na dodatek w lipcu.



17 dzień
21 lipca
1997 r.
21 lipca przekraczamy granicę austryjacko-niemiecką, z procedurą jak poprzednio: gdzie jedziemy, czy mamy pieniądze. Ale celnik był wyrozumiały, gdy poprosił o pokazanie pieniędzy trzeba było je wygrzebać, gdzieś z dna sakwy, wyciągając rzeczy, wyleciało nam pudełko z dżemem. Wtedy celnik machnął ręką, uśmiechnął się i dał nam spokój...
My również byliśmy w dobrych humorach, ponieważ trasa przejazdu była łatwa i przyjemna, i co najważniejsze: było słonecznie i ciepło!
Śpimy na kempingu nad jeziorem Bodeńskim. Nareszcie możemy wziąć prysznic, w zimnej wodzie, ponieważ była tańsza, przy okazji robimy wielkie pranie. Czyści, obładowani rzeczami wracamy do namiotu. Spoglądamy w górę... "i tylko niebo gwiaździste nade mną".
18 dzień
22 lipca
1997 r.
Wyjeżdżamy wcześnie rano, żegnani przez rodaka pracującego w kampingowej kuchni, który na drogę daje na prezent: „Snicersa”. Fajnie.
W planie mamy objechanie północnej części Bodensee i dalej skierować się na Szwajcarię. Tak też robimy. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów, zatrzymujemy się w dużym korku, przy zjeździe do małej miejscowości. Czas nagli, ale jeden z nas uważa, że należy czekać, drugi, że można jechać. Ostatecznie każdy zrobił tak jak uważał. Niestety jednemu z nas na drodze rozsypał się sprzęt, pękły widełki i ląduje w rowie.
Okropne zdenerwowanie, każdy ma pretensje do drugiej osoby, dalsze kontynuowanie wyprawy stoi pod dużym znakiem zapytania. Po opanowaniu emocji, kilku głębszych oddechach, poszkodowany jedzie na drugim rowerze do najbliższej miejscowości i kupuje potrzebną część. Po godzinie 18.00 jest już wszystko zrobione. Nie jesteśmy już kumplami, jesteśmy przyjaciółmi. Wspaniałomyślnie wybaczamy sobie wzajemny wybuch złości, próbujemy wytłumaczyć nasze zachowanie - był to jedyny, tak poważny kryzys podczas całej wyprawy. Owszem dochodziło do lekkich sprzeczek i kłótni, normalne, gdy przebywa się drugą osobą przez wiele dni na okrągło, ale ten wypadek był na tyle poważny, że przy braku dobrej woli, mógł zakończyć naszą wyprawę.
W promieniach zachodzącego słońca, rozglądamy się gdzie możemy rozbić namiot.
19 dzień
23 lipca
1997 r.
Kolejny dzień budzi nas dość sympatyczną pogodą. W dniu dzisiejszym musimy przekroczyć granicę ze Szwajcarią. W supermarkecie zaopatrujemy się w niezbędny prowiant: chleby i kilka tabliczek czekolady, które powinny wystarczyć na kilka dni. Przed samą granicą znowu zaczyna padać. Na przejściu granicznym celnik pyta nas tylko o to, czy jedziemy do pracy, czy na wakacje.



Ruszamy ostro do przodu i... praktycznie stoimy w miejscu. Nie możemy wyjechać spod granicy, robimy kółko (!), a wszystko, to że mamy niedokładną mapę Szwajcarii. W końcu w księgarni, w jakieś pobliskiej miejscowości, spisujemy trasę do Burkl. Kilka kilometrów przed nią zatrzymujemy się na nocleg u szwajcarskiego gospodarza, który pokazuje nam cały swój inwentarz: koń, pawie, kozy, krowy, gęsi, kaczy, koty i psy. Uff... Trochę tego było. Przesympatyczne małżeństwo podjęło nas kolacją, pozwoliło się wykąpać. Śpimy w stodole na sianie!
20 dzień
24 lipca
1997 r.
Po śniadaniu, ok. 9.30 musimy pożegnać gospodarzy i wyruszamy dalej. Leśnymi drogami rowerowymi, powoli poruszamy się do przodu, czasami musimy ostro kręcić pod górę. Jedzie się całkiem przyjemnie, jest cicho i spokojnie, ale kiedy kończy się asfalt, "ryjemy" w piasku, a z kilkunastoma kilogramami na rowerach jest to szczególnie trudne. Ponieważ nie mamy na mapie zaznaczonych ścieżek rowerowych, posługujemy się kompasem. Nareszcie wjeżdżamy na normalną drogę i zdecydowanie przyspieszamy. Po kilkudziesięciu kilometrach tempo jazdy ponownie spada, ponieważ mamy do pokonania ponad 200 metrowe wniesienie. Krętą drogą wjeżdżamy na wysokość 778 m. n.p.m.
Jesteśmy potwornie zmęczeni, gdy rozbijamy namiot na polanie koło niewielkiego wodospadu, parę kilometrów przed Welschenrohr. Trzeba być uważnym, ponieważ wszędzie... leżą owcze odchody. Zasypiamy.
Więcej zdjęć z wyprawy można obejrzeć w galerii.








Cristobal
