Niejednokrotnie jest tak, że luźno rzucona myśl czy też pomysł, urzeczywistnia się nagle i niespodziewanie. Przybiera coraz bardziej realne kształty; plan materializuje się i w momencie kiedy całość przyjmuje ostateczny, finalny efekt, rodzą się nowe wyzwania.
Podobnie było w naszym przypadku. Jest to historia, która nie jest ani wstrząsająca, ani też mrożąca krew w żyłach; jest to historia o młodzieńczej fascynacji odkrywania świata, tego co znane, a jednocześnie, tego co nie znane. To historia o poznawaniu samych siebie, przezwyciężenia własnych słabości, uczenie się odpowiedzialności za drugą osobę; a przede wszystkim to historia o narodzinach przyjaźni. Pomimo tego, że wydarzenia opisywane miały miejsce parę lat temu, przyjaźń trwa do dnia dzisiejszego, który jest całkowicie inny, pod wieloma względami, od pamiętnych dni latem 1997 roku.

Pewnego wrześniowego wieczoru siedzieliśmy w pubie, pijąc piwo..., i w dniu dzisiejszym jest nam niezmiernie trudno odtworzyć, jak to się stało, że zaczęliśmy rozmawiać o wyprawie rowerowej. Widocznie znaleźliśmy się w odpowiednim miejscu i czasie, aby zasadzić nasz pomysł i zacząć go urzeczywistniać. Tego dnia narodził się pomysł, ale trzeba było jeszcze kilka miesięcy poczekać, aby zacząć realizować przygotowania do przyszłej wyprawy.
Używając metafory, można napisać, że w we wrześniu 1996 roku zasialiśmy ziarno, które w lutym 1997 zaczęło kiełkować, aby rozkwitnąć w lipcu owego, dla nas szczęśliwego, roku.
Mieliśmy praktycznie 4 miesiące na zebranie funduszy, przygotowanie sprzętu, ustalenie trasy przejazdu, przekonania rodziców i masę innych rzeczy, które są potrzebne podczas takiej wyprawy.
Lektura Na samym początku zaopatrzyliśmy się w książkę K.T. Whitehill „Rowerem po Europie”i dzięki tej lekturze, mogliśmy przygotować plan działania. Okazała się bardzo wartościowa, bo wiele sugestii w niej zawartych okazało się cennych i przydatnych nie tylko podczas przygotowań, ale i podczas samej wyprawy.
Mając do dyspozycji cztery miesiące, spokojnie gromadziliśmy potrzebny ekwipunek i pieniądze, aby zrealizować nasze zamierzenie. Jeszcze w dniu samego wyjazdu kupowaliśmy przewodniki turystyczne.
Przekonaliśmy się jak ważne jest dysponowanie w pełni sprawnym rowerem, zwłaszcza w momencie wyjazdu. Dzięki temu unikniemy wielu niespodziewanych komplikacji, straty czasu i niepotrzebnych nerwów. Nam się to niestety nie udało. Z powodu niedostatecznie dobrze wyregulowanych przerzutek, wyjazd opóźnił się o parę godzin, w konsekwencji wyruszyliśmy, dopiero po godzinie 14.00 dnia 6 lipca 1997 roku.
Naszą podróż rowerową staraliśmy się dokumentować na bieżąco, zarówno czynionymi zapiskami, jak i widokówkami, zdjęciami, a nawet paragonami ze sklepów. Jednakże czas wymazał z naszej pamięci wiele miejscowości, przez które przejeżdżaliśmy i nie jesteśmy w stanie odtworzyć dokładnej trasy podróży, aczkolwiek staraliśmy się ją przedstawić w miarę jak najbardziej realną. Cel naszej wyprawy to Nicea nad Morzem Śródziemnym. Odległy, ale my jesteśmy pełni wiary w to, że nam się uda TO zrobić, wbrew defetystycznej postawie naszych najbliższych znajomych.

PiłanicPolska

Umówiliśmy się w centrum miasta na godzinę 10.00, aby rozpocząć wyjazd. Możemy sobie teraz wyobrazić, jak nasze mamy z troską spoglądały na nas, gdy wsiadaliśmy na rowery, załadowane pełnymi sakwami; śpiworami i namiotem. Dość niepewnie, ale z radością każdy z nas wyruszył z różnych stron miasta na miejsce startu. Podekscytowani za chwilę mamy ruszać, jeszcze tylko kupić przewodniki, zapakować i jedziemy... Nie do końca jedziemy, ponieważ defekt roweru piszącego dosłownie opóźnia nasz wyjazd. Udziela się nam zdenerwowanie. "Zły początek" myślimy sobie czekając, aż fachowiec ze sklepu rowerowego wyreguluje, to co trzeba było zrobić. Pomimo wszystkiego mamy bojowe nastroje, tym bardziej, gdy pojawia się na twarzy sprzedawcy uśmiech rozbawienia, gdy słyszy o naszej podróży. Ale to nic! Jesteśmy młodzi, pewni siebie i wiemy, że zrealizujemy swoje marzenie, od początku do końca, bez przykrych niespodzianek.
Zdjęcie W końcu, gdy rower działa jako tako, wyruszamy, z towarzyszącym nam przez parę kilometrów, przyjacielem.
Na przystanku za miastem pożegnalne zdjęcie i dalej jedziemy już sami, w nieznane.
Pogoda jest fantastyczna, nie jest gorąco, prawie bezwietrznie - idealna pogoda na jazdę na rowerze. Pierwszego dnia przejechaliśmy 100 km w ciągu 5 godzin. Zatrzymujemy się na nasz pierwszy nocleg niedaleko Pniew, w Zamorzu. Śpimy w namiocie, po uprzedniej zgodzie gospodarza, na prywatnej posesji. W namiocie typu igloo znajduje się cały nasz dobytek, w części "sypialnej", małą powierzchnię dzielą razem z nami również rowery. Tak będzie wyglądać większość naszych nocy.

Pierwszy dzień budzi nas pochmurnym niebem, ale nie przejmujemy się tym, ponieważ jesteśmy wypoczęci i gotowi na kontynuowanie wycieczki. Spakowaliśmy się jak na początek dość sprawnie, następnie śniadanie, mało wykwintne i szybkie, bez jajecznicy i innych przyjemności.
Warto pokrótce opisać nasze dzienne menu, niekiedy ulegało zmian, ale standardowo, przez ponad 40 dni było podobne. Śniadanie stanowił chleb z dżemem, ewentualnie konserwa oraz mleko; na obiad serwowaliśmy sobie również chleb, wodę i czekoladę; wieczorem zjadaliśmy zupę chińską, oczywiście z chlebem. Niekiedy wieczorami, po kolacji raczyliśmy się ciepłym kisielem, ale z czasem i to nam się skończyło. Jak widać nasze posiłki nie były zbytnio energetyczne, aczkolwiek, praktycznie nie zdarzało się nam, że nie mieliśmy sił, aby kontynuować podróż. Być może determinacja w osiągnięciu naszego celu powodowała, że w zasadzie nie myśleliśmy o jedzeniu, a tyko o jeździe.
Pogoda podczas drugiego dnia podróży stopniowo ulega pogorszeniu, po niecałej godzinie zakładamy kurtki, zaczyna padać, z każdą minutą coraz mocniej i mocniej. Mkniemy ze średnią prędkością 20 km/h drogą krajową A3, w deszczu, wymijani przez "stada" pędzących tirów. Nie warto rozmawiać, ponieważ chwila nieuwagi i woda z rozbryzgujących się kałuż ląduję w ustach. Zdjęcie Przemoczeni "kręcimy" kolejne kilometry i wjeżdżamy do miejscowości Góra. Powoli zaczyna się ściemniać, a przy aktualnej niepogodzie, nie ma większego sensu kontynuowania jazdy. Dojeżdżamy do pięknego kościoła gotyckiego pod wezwaniem Św. Katarzyny, przełom XV/XVI wieku. Zdjęcie Na plebani pytamy o nocleg, ale uzyskując negatywną odpowiedź i nie mając chęci poszukiwania noclegu, decydujemy się spędzić zbliżającą się noc... na pobliskiej klatce schodowej. Spanie - czuwanie i pilnowanie dobytku. Jeden z nas spał do godziny 3.30, drugi natomiast spał do godziny 7.00. Najdziwniejsze, że nikt z lokatorów nie zainteresował się tym, że dwoje "włóczęgów" zrobiło sobie tymczasową noclegownię.

Kolejny dzień podobny do poprzedniego - ciągle pada! Mimo wszystko nie irytuje to nas, jeszcze nie czas, zwątpienie nastąpi dopiero w Austrii...
Jakby na osłodę niepogody, czeka nas przeprawa promem przez Odrę w Brzegu Dolnym! Godzinę oczekujemy na naszą kolejkę, w obskurnej budce. Wchodzimy na pokład i płyniemy - Nie trzeba pedałować! Ale ta przyjemność trwała dość krótko i parę minut później mkniemy dalej. A deszcz wcale nie zamierza odpuścić. Przemoczeni i zmęczeni wjeżdżamy do Środy Śląskiej. Granatowe niebo nie wróży, aby w najbliższych godzinach pogoda miałaby się poprawić i to wpływa na nasz nastrój podczas poszukiwania miejsca do spania. Trochę zrezygnowani, ale i z nadzieją pukamy do drzwi Oratorium Jana Bosko z pytaniem o "przechowanie" do rana. A tu wielka niespodzianka, ksiądz bez żadnych ceregieli pozwala nam przenocować! Mało tego, otrzymaliśmy solidną kolację i możliwość wysuszenia rzeczy w salce katechetycznej. Na stołach obok ubrań, śpiworów i namiotu, leżą nasze przewodniki, mapy, dokumenty i banknoty. Bezpiecznie doczekają kolejnego ranka.
Zdjęcie Od księży, którzy na bieżąco śledzili wiadomości, dowiadujemy się, że w Polsce południowej i Czechach wystąpiła powódź! Przy pomocy duchownych weryfikujemy naszą trasę przejazdu i zamiast kierować się na Kłodzko pojedziemy na Jelenią Górę.
Pojawiają się pierwsze chwile zwątpienia, czy wytrzymamy fizycznie i czy nie zawiedzie nas sprzęt. Jednakże Morfeusz szybko wpycha nas w swoje objęcia, nie pozwalając, abyśmy zaczęli wchłaniać pesymizm. Śpimy na łóżkach. Najedzeni i umyci. Szczęśliwi. Słychać tylko krople deszczu uderzające o szyby.

Trzeci dzień podróży zakończył się fantastycznie. Pomimo nieprzyjaznej pogody dla rowerzystów, było dobrze - padał deszcz, ale za to wiatr mieliśmy w plecy, co ułatwiało jazdę.
Krajobraz i trasa przejazdu zaczyna się zmieniać, wjeżdżamy w tereny górzyste, które praktycznie nie opuścimy przez najbliższe dwa tygodnie ...
Przedostatni dzień w Polsce jest w miarę pogodny, najważniejsze, że nie pada. Omijamy Jelenię Górę i zatrzymujemy się na krótko w Jaworze, ponieważ konieczna jest naprawa suportu w jednym z rowerów. Znajdujemy sklep rowerowy, niestety już zamknięty. Zastanawiamy się co robić dalej, gdy jakiś życzliwy przechodzień poinformował nas, że właściciel mieszka niedaleko i zadeklarował się, że poinformuje go o klientach. Nie minęło wiele czasu, gdy tak bardzo oczekiwana przez nas osoba pojawiła się i sprawne ręce usunęły usterkę.
Ostatni nocleg w Polsce spędzamy w Kamiennej Górze, do której wjeżdżamy po szaleńczym zjeździe z "koszmarnej" góry, na którą wjeżdżaliśmy z wielkim wysiłkiem, a która była dopiero przedsmakiem tego co nasz czekało przez kilka kolejnych dni.
Przez kilka minut, w zapadającym mroku szukamy się w miasteczku, ponieważ jeden z nas jechał zdecydowanie szybciej i straciliśmy się z oczu. Zaczyna się kolejny rytuał z poszukiwaniem miejsca, gdzie można rozbić namiot. Zaczęliśmy, oczywiście od księży, ale tam jest już ciemno, ktoś z miejscowych kieruje nas do hotelu „Pan Tadeusz” i dzięki uprzejmości i bezinteresownej pomocy właściciela, śpimy, po raz ostatni, w komfortowych warunkach, w łóżkach pod dachem. Hotel jest prawie opuszczony, praktycznie poza personelem i nami nie ma żadnego gościa. Taka sytuacja jest spowodowana warunkami pogodowymi oraz katastrofą , jaką jest powódź. Widzieliśmy to na własne oczy: okoliczne pola "przeorane" wielkimi kałużami, rzeki, które wystąpiły z koryt, ale dopiero podczas powrotu, przejeżdżając przez Kłodzko naocznie przekonaliśmy się co wyrządził straszliwy żywioł. Po powrocie do domu, siedząc wygodnie w fotelach i oglądając w telewizji przekazy dotyczące tego co wydarzyło się wówczas w Polsce i Czechach; widząc z lotu ptaka zalane miasta i wsie, zdawaliśmy sobie sprawę, jak wiele szczęścia mieliśmy podczas przejazdu przez te tereny. Pomimo tej wielkiej tragedii, mieliśmy jeszcze to jedno szczęście, że spotkaliśmy na naszej drodze, tak wielu życzliwych nam ludzi...
Dzień 8 lipca kończymy z przejechanymi 416 km. W środę zaczyna się kolejny etap podróży, ponieważ zagościmy na kilka dni u naszych południowych sąsiadów - Czechów.

PolskaPolska - CzechyCzechy

Polska żegna nas ciepło i słonecznie, a na niebie ledwie kilka delikatnych chmurek.
O godzinie 13.00 przekraczamy granicę w Lubawce. Szybka odprawa i z uśmiechami na twarzy pedałujemy dalej. Parę kilometrów dalej już się nie śmiejemy, ponieważ od pewnego czasu wjeżdżamy na górkę i zjeżdżamy, wjeżdżamy i zjeżdżamy, i tak na okrągło! Zdjęcie Zatrzymujemy się na odpoczynek w Trutnov. Na piękny rynku z arkadowymi kamienicami robimy sobie zdjęcia i w drogę! Wjeżdżając na kemping w Horicach jesteśmy potwornie zmęczeni i dlatego zrobiliśmy tylko 65 km. Zostaliśmy pokonani! Ale jak czas pokazał, to wszystko co przeszliśmy w Polsce i Czechach okazało się znakomitym treningiem przed czekającą nas Austrią.
Na kempingu niewiele osób, samotni na dużym placu rozbijamy namiot i idziemy sprawdzić możliwości umycia się. Warunki nie są najlepsze, ale nie czas oczywiście na narzekanie i pragnienia komfortu. Jest jeszcze jasno więc udajemy się do baru na herbatę, dzielimy się wrażeniami z podróży, ustalamy ostatnie szczegóły trasy na dzień następny i wracamy. Sen przychodzi bardzo szybko.

Zdjęcie 10 lipca w godzinach wczesno-wieczornych, po szaleńczej jeździe wjeżdżamy do Pragi, nie pozostaje nam nic innego, jak tylko znaleźć, gdziekolwiek, szybko nocleg. Nie mamy ani sił, ani ochoty na jazdę po mieście i szukanie kampingu bądź schroniska. Zresztą znajdujemy się na peryferiach stolicy, gdzie jest dużo domków jednorodzinnych i powinno być łatwiej znaleźć miejsce, gdzie można rozłożyć namiot. Naciskamy dzwonki na kolejnych posesjach i kalecząc język czeski formujemy pytania. "Dzień dobry. Gdzie możemy rozbić namiot?". Większość patrzy na nas ze zdziwieniem, informując jednocześnie, że najbliższy kemping znajduje się dość daleko stąd, aż w końcu jakaś pani wskazuje nam miejsce, gdzie możemy stacjonować do samego rana. Okolica nie jest może najpiękniejsza, ale liczy się fakt, że jesteśmy już po kolacji i leżymy w śpiworach.

Mija pierwszy tydzień jak wyjechaliśmy z Piły. Praga wita nas wspaniałą pogodą, jest ciepło, słonecznie. Nie tracimy czasu na spanie, pragnąc maksymalnie wykorzystać ten dzień w stolicy Czech. Bardzo szybko pakujemy się i gnamy na najbliższy kemping, usytuowany na terenie jakiegoś obiektu sportowego. Zameldowaliśmy się, zapłaciliśmy (dość tanio - 370 koron, ale i nie ma żadnych luksusów) i po chwili na murawie piłkarskiej stoi nasze piękne igloo. Jesteśmy gotowi na zwiedzanie. Zdjęcie
Kupiliśmy jednodniowy bilet ważny we wszystkich środkach komunikacji miejskiej i tramwajem dojeżdżamy do centrum. Nareszcie! Wełtawa, Hradczany i Zamek Praski. Przed wieżą na Moście Karola spotykamy rodaka, który proponuje nam...kupno marihuany. Odmawiamy i zaczynamy zwiedzanie. Zatrzymujemy się i przyglądamy się przepięknemu krucyfiksowi z brązu, który stoi na moście od jego samego początku. Zdjęcie Jednakże jedną z najwcześniejszych rzeźb, która stanęła na moście jest posąg św. Jana Nepomucena z 1683 r., który podobnie, jak większość spacerujących dotykamy "na szczęście". Na Starym Mieście nie możemy ominąć Rynku Staromiejskiego i nie spojrzeć na słynny zegar astronomiczny. Za rogiem klasztoru św. Jerzego zaczyna się Złota Uliczka - ślepy zaułek, zabudowany maleńkimi szesnastowiecznymi domkami. Zdjęcie Oczywiście nie możemy również nie zwiedzić najwyższego kościoła w Czechach - katedry św. Wita, z jego przepięknymi witrażami.
Nie sposób opisać wszystkich wrażeń jakie odnieśliśmy podczas zwiedzania przepięknej Pragi. Wieczorem siedząc przy piwie żałujemy, że musimy już jutro opuścić to wspaniałe miejsce. Tak wiele pozostało do zobaczenia, ale mamy nadzieję, że może kiedyś będzie można tutaj powrócić na dłużej niż 24 godziny.

Wczesnym rankiem, ok. 10 :) ruszamy dalej, kierunek Czeskie Budziejowice. Sprawnie i bez jakichkolwiek trudności wyjeżdżamy z miasta. Zdjęcie Kilka kilometrów za Pragą pierwszy poważniejszy defekt, pękają szprychy w rowerze. Jesteśmy zdenerwowani, ponieważ tracimy prawie 3 godziny na usunięcie usterek i jednocześnie okazuje się jak ważne jest posiadanie podstawowych narzędzi do naprawy. Pomimo tego mamy to szczęście, że jeden z nas jest fachowcem w naprawianiu roweru i nie straszne są nam niewielkie usterki! Jako, że zatrzymaliśmy się w niewielkiej wiosce, w której stała budka telefoniczna, z ciekawością przeglądamy książkę telefoniczną (całą i nie podartą!) i sprawdzamy ile osób mieszka w Pradze noszących takie same nazwiska jak nasze. Było kilka :) Nareszcie rower zrobiony, ale powtórnie trzeba zapakować rzeczy, powiązać je... Brr, to jest okropne. Zdjęcie Po kilku minutach jesteśmy gotowi do dalszej drogi. Zły humor szybko prysł, znowu jesteśmy radośni, pomimo okropnego wjazdu pod górę o niewielkim nachyleniu, ale która ciągnęła się na długości ok. 3-4 km.
Dzień kończymy śpiąc u życzliwych gospodarzy, w ogrodzie w Cmie. Z gospodynią dzielimy się naszymi wrażeniami z pobytu z Pragi, jednocześnie dowiadujemy się, że byli w Polsce podczas wizyty Ojca Świętego. Niewiele kilometrów przejechaliśmy, niecałe 70, no, ale mieliśmy awarię i na dodatek trochę błądziliśmy.

13 lipca w godzinach popołudniowych, nareszcie bez większych pojazdów, wjeżdżamy do Czeskich Budziejowic.
Zdjęcie Warto odnotować, że tuż przy głównej drodze z Piska do Czeskich Budejowicach, w Temelinie wybudowana została na wzór i podobieństwo Czarnobyla elektrownia atomowa. W założeniu miała być ona największą na świecie...
W Czeskich Budejowicach, na skrzyżowaniu oczekując na zielone światło, jednemu z nas zdarza się wypadek, traci równowagę i pada z rowerem na ulicę. Na szczęście nic się nie stało, tylko lekkie odrapania i stłuczone lusterko. Parę minut później na jednej z ulic przyłącza się do nas niespodziewanie jakiś mężczyzna na rowerze, który bez słowa (!), jak bezimienny przewodnik przeprowadza nas osiedlowymi uliczkami przez miasto, na trasę wylotową do Austrii... Nocujemy parę kilometrów za Budziejowicami. Jutro pożegnamy Czechy i zagościmy w krajobrazie austryjackich Alp.

CzechyCzechy - AustriaAustria

O godzinie 17.00 przekraczamy granicę, jesteśmy dokładnie sprawdzani, ile mamy pieniędzy na podróż, gdzie jedziemy. Po tych nieprzyjemnych formalnościach ruszamy dalej, wciąż słonecznie i gorąco, aczkolwiek pojawiają się niewielkie chmury.
Jedzie się na razie dość poprawnie, jesteśmy już zahartowani i nie straszne nam są podjazdy. Założenia mamy ustalone, przejechać minimum 100 km i pewnie to zostałoby osiągnięte, gdyby nie defekt koła, ponownie strzelają szprychy! Zdjęcie I mimo wszystko mamy szczęście, gdyż koło popsuło się w małej miejscowości, parę kilometrów za granicą. I ten brak narzędzi... Trzeba pożyczyć odpowiedni klucz, który użycza nam bezproblemowo okoliczny mieszkaniec, a za chwilę jego małżonka zbliża się z... talerzem pełnym kanapek! Kiełbasa, ser i ogórek! Śmiejąc się, cieszymy się z wynikłych okoliczności. To nieprawda, że głupi ma szczęście; po prostu szczęście sprzyja lepszym! Można dodać jeszcze to, że jeżeli nie myśli się o niepowodzeniach, kiedy odrzuca się chwile zwątpienia i wierzy się, że określony cel zostanie osiągnięty i wszystko będzie dobrze, to tak właśnie będzie!
Przejechaliśmy troszeczkę ponad 70 km, odczuwamy ból w nogach i z przyjemnością wyciągamy się na karimatach i odpływamy w sen...